Kamil Stoch fot. Przemysław Wardęga

Kamil Stoch
fot. Przemysław Wardęga

Chcę wrócić z Oslo z medalem 

Gdybyśmy chcieli zostać poprawnymi lingwistycznie to nie powiedzielibyśmy, że w tym roku odbędzie się Olimpiada w Soczi. Według pierwotnego znaczenia, olimpiada to okres pomiędzy dwoma, następującymi po sobie, Igrzyskami Olimpijskimi. I żeby była jasność – to nie jest wymysł szalonej Pani Profesor, która chciałaby zaistnieć na czerwonym dywanie wśród celebrytów, gdzie skandal to bilet do sławy. Już od czasów starożytnych Igrzysk, w kalendarzu gregoriańskim, olimpiada oznaczała okres około 4 lat. Zatem nie wiemy jak będą wyglądały Igrzyska Olimpijskie w wykonaniu Kamila Stocha.

Pewni za to jesteśmy jak lider polskiej kadry przeżył Olimpiadę XXII Igrzysk Olimpijskich. Fakty znane i nieznane, źródła pewne i niepewne. Jak kronikarz, spisywaliśmy wszystkie te sytuacje i mamy przyjemność zaprezentować sportowe i nie tylko, życie Kamila Stocha między Vancouver a Soczi.

Przede wszystkim chcę, żebyście godnie reprezentowali Polskę podczas święta olimpijskiego sportu – mówił do polskich skoczków ówczesny prezes PKOL, nieżyjący już Piotr Nurowski. Kilka miesięcy po wypowiedzeniu tych słów zginął w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem. Słuchał ich m.in. Kamil Stoch. Był 4 luty 2010 roku. Stoch wraz z całą reprezentacją skoczków składał ślubowanie olimpijskie. Drugie w swoim życiu. Na Igrzyskach Olimpijskich debiutował w Turynie w 2006 roku. Wypadł całkiem przyzwoicie, zajmując 16 (K-95) i 26 miejsce (K-125). Zresztą na skoczni w Pragelato czuł się bardzo dobrze. W trakcie próby olimpijskiej zajął  7. miejsce, wyprzedzając ówcześnie Adama Małysza, co na tamte czasy było sporym wydarzeniem. Od tego czasu wiedzieliśmy, że mamy diament. Stoch jednak nie był materiałem łatwym do oszlifowania. Przez lata pokazywał przebłyski swojego talentu, jednak był daleki od postawienia kropki nad i.  Na Mistrzostwach Światach w Sapporo w 2007 roku był 13 ma skoczni dużej i 11 na normalnej. W pojedynczych przypadkach pukał do bram podium – w 2008 roku w Predazzo był 6. a podczas Mistrzostw Świata w Libercu w 2009 roku do brązowego medalu zabrakło mu niewiele ponad dwa metry i zajął 4. lokatę. Potrafił nawet wygrywać konkursy, z tymże w Letniej Grand Prix. Na skoczni w Whistler wypadł gorzej niż w olimpijskim debiucie. W słonecznym plenerze Gór Skalistych zajął 27. (K-95) i 16. (K-125) miejsce. W sezonie olimpijskim 2009/2010 już nic wielkiego nie dokonał. Po Igrzyskach tylko raz zameldował się w pierwszej dziesiątce. Podczas konkursu w Lillehammer był 10. Na Mistrzostwach Świata w Lotach w Planicy, które odbyły się po zakończeniu sezonu, zajął 16. miejsce, oddając kilka  przyzwoitych skoków.

W sezonie letnim nastąpił przełom w jego życiu. Skoczek z Zębu poślubił panią fotograf – Ewę Bilan. Na skrzydłach miłości zaczął latać coraz to dalej. Letnią Grand Prix 2010 zakończył na drugim miejscu. Warto dodać, że nie startował we wszystkich konkursach. Jak już wystąpił to stawał na podium, w tym trzy razy na jego najwyższym stopniu – w Wiśle, Hakubie i Klingenthal. Po zwycięstwie na skoczni w Malince zapytałem Kamila: Czy wejście w związek małżeński spowodowało wzrost Twojej formy? Po prostu jestem szczęśliwy i mam głowę pozbawioną zbędnych problemów, które kolidowały mi w koncentracji przed skokiem – usłyszałem w odpowiedzi. Przyszła zima i zaczął się sezon 2010/2011. Po świetnym lecie oczekiwaliśmy podobnej zimy. Balonik został nadmuchany. Jak patrzę na Kamila to widzę Adama z 2001 roku – prawił Apoloniusz Tajner. Chcę wrócić z Oslo z medalem – to już deklaracja samego Stocha. Jednak od początku sezonu pozostawał nadal w cieniu Adama Małysza. Występ zasługujący na zainteresowanie odnotował dopiero w czwartym konkursie, kiedy to zajął 16. miejsce w Lillehammer. Przyznał się wtedy, że ma problem z pozycją dojazdową, który powodował małe prędkości na progu, co przekładało się na krótkie skoki. Dodał, że pracuje nad poprawą, jednak nie da się tego błędu wyeliminować natychmiastowo. Poprawa przyszła w Engelbergu. Tam Kamil Stoch się przełamał, jak się później okażę, nie po raz ostatni w swoje karierze.  Podczas weekendu na Titliss Schanze zajął dwa razy 9. i raz 13. miejsce. Turniej Czterech Skoczni nie należał do udanych. Tylko podczas zawodów w Garmisch–Partenkrichen zakończył rywalizację w pierwszej dziesiątce. Jak przyznał po ostatnim skoku w Bischofshofen – Walczyłem, aby przetrwać. Ten dzisiejszy konkurs to była walka z samym sobą. Brzmiało groźnie. Konkursy w Zakopanem zbliżały się wielkimi krokami. Po drodze skoczkowie zawitali jeszcze do Harrachova. Kamil zajął tam 16. i 14. miejsce.

Zakopane jest Zakopane i tego nie da się z niczym porównać – mówił Adam Małysz po zwycięstwie w piątkowym konkursie na Wielkiej Krokwi. W tym samym momencie, w hotelowym pokoju Kamil Stoch szukał motywacji do następnych konkursów. Przyniosło to skutek pozytywny. Dzień później Stoch był już 7. Uśmiechem nie promieniował. Tłumaczył to ambicją, tym, że wie, że może być lepiej. Nie po raz pierwszy to od niego słyszeliśmy. Czekaliśmy na przełom w jego karierze, a tu nic. Tylko słowa i słowa. Miał kolejną szansę, niedzielny konkurs na Wielkiej Krokwi. Do trzech raz sztuka – rzekliśmy. Konkurs był tym z cyklu szalone. Wiało i sypało ze wszystkich stron. Małysz złapał zająca w pierwszym skoku i na noszach opuścił zeskok. W tym całym zamieszaniu Kamil prowadził po pierwszej serii. Strach, obgryzanie paznokci i ta myśl – niech to się skończy dobrze. I udało się. Stoch wytrzymał presję i w bardzo trudnych warunkach skoczył tyle ile powinien i wygrał po raz pierwszy karierze. Biegał jak opętany po zeskoku skoczni, przebijał się przez trybuny do swojej żony. Obsypany śniegiem lecącym na potęgę z zakopiańskiego nieba, został także obsypany chwałą kibiców spod Wielkiej Krokwi. Pierwszy symbol nadchodzącego końca ery Małysza a początku Stocha.

Dać kibicom palec, chcą cała rękę. Ale co się dziwić. Po zwycięstwie Stocha w Zakopanem apetyty wzrósł. Z niecierpliwością czekaliśmy na następne odsłony Pucharu Świata. W Willingen było podium z drużyną i bardzo dobre 6. miejsce indywidualnie. Kilka dni później drugi triumf w Pucharze Świata w Klingenthal. Niech nie dziwi fakt, że przedsezonowa deklaracja Stocha, Do Oslo jadę po medal przybierała na znaczeniu. Tuż przed Mistrzostwami Świata odbyły się Mistrzostwa Polski w Szczyrku. Pod nieobecność Adama Małysz zwyciężył nikt inny jak Kamil Stoch. Przywdział wtedy maskę człowieka spokojnego, pewnego siebie. Na pierwszy rzut oka wyglądało to na tuszowanie strachu przed byciem skoczkiem nr 1 w Polsce oraz ucieczką od oczekiwań kibiców. Na pytanie czy brak medalu w Oslo będzie dla niego porażką, usłyszałem od Kamila krótka odpowiedź– bynajmniej.

Na skoczni normalnej w Oslo Kamil Stoch zaprezentował się przyzwoicie. Zajął 6. lokatę, a szczególnej uwadze zasługiwał jego drugi skok na 101 metrów. Na królewskiej Holmenkollen polscy skoczkowie mieli wysoko postawioną poprzeczkę. Po brązowym medalu Małysza na skoczni normalnej liczyliśmy nawet na złoto. Pierwszy skok Adama nie należał do udanych. Jednak mimo to po pierwszej serii zachowywaliśmy optymizm, bo Stoch tracił pół metra do medalu i był 6. W drugim skoku się spalił, nie wytrzymał presji. Skoczył słabo, a na dodatek się przewrócił, czym pokazał, że ani głowa, ani mięsnie nie udźwignęły medalu. Jak sam przyznał nie bolały siniaki, a poobijana duma.

Adam Małysz w Oslo ogłosił zakończenie kariery. Nie czuję na razie ciężaru odpowiedzialności. Adam skacze do końca sezonu. Potem na pewno będzie nam go wszystkim brakowało – spokojnie podchodził do tego Stoch. Czuł, że teraz on stanie się numerem jeden polskiej kadry. Od lat w cieniu Mistrza uczył się czym jest presja i sprostanie oczekiwaniom rodaków, dla których skoki to sport i dobro narodowe. Do końca sezonu Kamil nie opuszczał pierwszej dziesiątki w konkursach. Co więcej. Podczas finału w Planicy wygrał. Stał się współautorem jednego z piękniejszych dni w polskich skokach narciarskich. Kończący karierę Małysz był trzeci, a dzięki wyczynom obu Panów, Polska rzutem na taśmę zajęła trzecie miejsce w Pucharze Narodów. Uff, udało się, złączyły się siły dwóch wielkich polskich skoczków. To co nie udawało się przez lata, w końcu stało się faktem. Marzenia się spełniają. Nakarmili nas emocjami i wzruszeniami tak, że można było już nic nie jeść przez najbliższe dni. Aż do pożegnalnego Benefisu Małysza w Zakopanem.

 

(c.d.n.)

 

Przemek Gorczyński

OLIMPIADA KAMILA STOCHA CZ.2